Wydarzenia

Freedom Charity Run 2017

– Było fascynująco! Albo upały 35 stopni C, albo ulewne deszcze spowodowane cyklonem Cindy – wspomina Mariusz Szeib bieg na trasie 1000 km od Tuscumbia do Chicago.

– Po drodze dużo gościnności, ale i napad z nożem w celach rabunkowych. Na www.freedomcharityrun.org jest dziennik, który na zbolałym kolanie pisałem codziennie.

Freedom Charity Run 2017 to idea, by czterech polskich biegaczy, w celu charytatywnym przebiegło ponad 1000 km. Termin 20-30 czerwca był związany z terminem Konwencji Światowej LCI w dn. 30.06. – 4.07. br. Bieg uświetnił 100. rocznicę powstania LCI i, jak zawsze, promował ducha przygody i sportu.

Tych czterech biegaczy to: Mariusz Szeib (lion, maratończyk, organizator przedsięwzięcia, przedsiębiorca), Daniel Wcisło (LC Poznań Rotunda, biegacz, nawigator przedsięwzięcia), Jacek Trębecki (maratończyk, członek Fundacji Spartanie Dzieciom, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu), Mateusz Pietruliński (maratończyk, Prezes Fundacji Zdrowa Rodzinka, członek Fundacji Spartanie Dzieciom, przedsiębiorca).

Jak zawsze, zgodnie z dewizą We Run – We Serve, biegacze zbierają fundusze na określony cel. Tym razem celem pomocy jest szkoła w Arslan w obozie dla syryjskich uchodźców na wschodzie  Libanu.

Liczący niewiele ponad 4 mln mieszkańców Liban przyjął ponad półtora miliona uchodźców z Syrii (to tak, gdyby w prawie 40-milionowej Polsce pojawiło się 15 mln uchodźców). Około 150 tys. z nich mieszka w obozie w Arslan na wschodzie kraju. Jedyna szkoła w obozie może przyjąć tylko 250 dzieci i pilnie potrzebuje wsparcia.  

Mariusz napisał mi w mailu: – Zajrzyj na www.freedomcharityrun.org  może na tej podstawie coś fachowo skonstruujesz? 

Przeczytałam jego dziennik. Polecam fanom biegania i przygód „na trasie”. Tych mieli mnóstwo. Przed wyjazdem od sąsiada dostali maść dla konia z zapewnieniem: Nic tak dobrze nie działa na bolące stawy.

Ile razy z niej korzystali – nie napisał.

W każdym razie na całej trasie spotykali się ze wspaniałymi, serdecznymi osobami, nie tylko lionami, którzy ich wspierali i pomagali przeżyć czasem bardzo trudne warunki pobytu w miejscach tzw. postoju. Podwozili na spotkania, organizowali posiłki i noclegi w swoich domach, informowali znajomych o celu FCR, co pomagało w zbieraniu funduszy na wyznaczony cel.

W ciągu kolejnych dni pokonywali różne odległości. Rzadko mniej niż 100 km. Częściej – 100 albo więcej. Do tego nieprzewidywalna pogoda. Na początku – 35 stopni C, kiedy dostarczycielami wody do picia były spotkane na trasie osoby.

Kilka dni później dokuczył im tropikalny cyklon Cindy z epicentrum w miejscowości Mobile w Alabamie.

– Cindy goni nas, bo przemieszcza się dokładnie w naszym kierunku, z prędkością 16 km/h. Teoretycznie, jeśli nie zmieni kierunku, dopadnie nas za ok. 24 godz. – pisze w dzienniku Mariusz.  – Startujemy w strugach deszczu spod muzeum Johny Cash’a na 3 Ave North. Na nasz widok samochody  zjeżdżają z dużym wyprzedzeniem na przeciwny pas. Zaledwie kilkakrotnie, na setki mijających nas aut, mieliśmy pełny prysznic spod kół.  

Bieg, zmęczenie, ulewa. I wiedza o tym, że następnego dnia np. o godz. 6.30 – wywiad w studio TV ABC. Z dziennika Mariusza: – O godz. 4.45 zadzwonił hotelowy budzik. Godzinę później spotkaliśmy się w telewizyjnym studio ABC z Johnem, Gubernatorem Okręgu LCI w Kentucky. Tuż przed wejściem na wizję na monitorach oglądaliśmy prognozę pogody. Nie była optymistyczna.

(http://www.wbko.com/video?vid=430332923).

I jeszcze „przygody” z wypożyczonym samochodem. – W trakcie największej ulewy wyświetlił się komunikat, że spadło ciśnienie powietrza w lewym tylnym kole. W ścianie wody dojechaliśmy do stacji benzynowej, gdzie Clyde, brodacz jakby skórę obdarł z jednego z zespołu ZZ, dopompował nam w tym deszczu oponę do 35 PSI.

Podróż przez Amerykę to był dla nich nie tylko bieg, ale spotkania z lionami, gubernatorami, prezydentami miast, policjantami, dziennikarzami, spotkanymi osobami, które szczerze zapraszały do swoich domów na posiłek, nocleg czy kąpiel.

Wszyscy okazywali zainteresowanie celem Reedom Charity Run – pomocą dzieciom uciekinierów z Syrii. I najważniejsze – poparcie było potwierdzone wpłatą dolarów – kilkuset czy choćby 10.

Na ostatnim odcinku biegu do Chicago – napad rabunkowy.

Z dziennika Mariusza:  –  Błysk noża sparaliżował Jacka  (…) Przystanął na skrzyżowaniu widząc nadjeżdżający samochód. Wyskoczyło z niego kilku młodych chłopaków domagających się pieniędzy. Zorientowali się szybko, że jedyne cenne, poza intelektem, z tego co Jacek ma przy sobie, są jego dobrze wytrenowane nogi. Tak jak szybko wyskoczyli, tak szybko wskoczyli z powrotem do auta i zniknęli zostawiając Jacka w totalnym szoku.

W Oak Brook przed siedzibą LCI byli punktualnie o godz. 16.00, powitani transparentami m.in. „Welcome Home”, „Biegając – służymy”, „Dziękujemy Wam”. Były gratulacje, uściski, opowiadania…

Zebrana kwota 2.776 dolarów w całości zostanie przekazana na potrzeby szkoły w Libii dla dzieci syryjskich uciekinierów.  Wszyscy biegacze liczą, że to dopiero początek zbiórki, która potrwa do końca tego roku.  We Run We Serve!

Elżbieta Karasiewicz
(oprac. na podst. www.freedomcharityrun.org)
fot. www j/w

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *